Dziennik Leopolda Tyrmanda ukazał się drukiem w roku 1980. Wcześniej obszerne fragmenty publikowane były w londyńskich
"Wiadomościach" (1973-1978), jednak ze względu na mały zasięg prasy emigracyjnej dopiero pełne wydanie wywołało prawdziwą
sensację i dyskusje wokół tekstu. Przede wszystkim większość opisywanych w "Dzienniku" osób wciąż żyła, co sprowokowało
liczne komentarze kwestionujące wiarygodność autora. Pojawiały się zarzuty, jakoby "Dziennik 1954" miał charakter
apokryficzny i powstał w Stanach Zjednoczonych, gdzie Tyrmand przebywał na emigracji. Wskazywano również na liczne
zafałszowania w opisie osób i zdarzeń. Faktycznie, Tyrmand przed opublikowaniem swego dziennika poddał go trzykrotnej
"obróbce", często ulegając pokusie wyjaskrawienia i stylizacji. Najnowsza opublikowana wersja "Dziennika 1954" oparta jest
na oryginalnym rękopisie z 1954 roku, zdeponowanym w archiwach Uniwersytetu Stanforda w Palo Alto w Kalifornii i nie
uwzględnia poprawek naniesionych przez Tyrmanda w USA.
      Wspomniawszy o sporze o czas powstania zapisu, warto na chwilę porzucić pamięć o wielkiej legendzie Tyrmanda -
antykomunisty, bikiniarza, dziennikarza czy autora bestsellerów, aby spojrzeć na Tyrmanda- diarystę. Okazuje się bowiem,
ze dziennik intymny to dla niego nie tylko określona poetyka zapisu, sprzyjająca wyrażaniu poglądów i przeżyć w specyficznym
czasie historycznym. Dla pisarza to przede wszystkim sposób "bycia" w konkretnym kontekście społecznym. Wobec niezgody na
otaczającą go rzeczywistość, odczuwaną przede wszystkim jako katastrofa cywilizacyjna i estetyczna, odnalazł Tyrmand w
dzienniku metodę na duchowe przetrwanie. Ten intymny zapis stanowił dla niego praktykę życia codziennego, sens istnienia
skonstruowany w okresie obezwładniającego poczucia bezsilności. To właśnie liczne autorefleksje diarysty mogą stanowić dowód
na autentyczność zapisu i wskazać na jego doraźną moc terapeutyczną.
"Jestem najgorszą alternatywą potencjału..."
      Tyrmand rozpoczął swój dziennik 1 stycznia 1954. Znajdował się wtedy jako pisarz i dziennikarz w sytuacji osobliwej.
Pozbawiony możliwości drukowania, bez pracy, czuł się bezużyteczny i bierny. Wkrótce na pytanie Kisiela, dlaczego jest
przeciwnikiem komunizmu, odpowie: "[komunizm - przyp. J.Z.] nie daje mi wzbogacać mojego społeczeństwa w moją pracę, nie
pozwala mi dawać z siebie ludziom tego, co uważam w sobie za najlepsze..)". Czując się pisarzem i dziennikarzem z powołania,
podobnie jak wielu innych w tym czasie, rozpoczął Tyrmand swoje pisanie do szuflady.
"Wszystko, co we mnie ważne, oddaję dziennikowi..."
      Tak rozpoczęła się, trwająca trzy miesiące, przygoda z dziennikiem, który był nie tylko relacją zdarzeń, intymnym zapisem
przeżyć, ale i rekompensatą dla niespełnionego literata. Przykładem niech będą zawarte w tekście recenzje, felietony, eseje
oraz notatki wykorzystywane w pracy nad kolejnymi powieściami. W poszukiwaniu czytelnika i recenzenta Tyrmand odczytywał
fragmenty dziennika przyjaciołom, Kisielowi i J.J. Szczepańskiemu. Szczególnie interesująca jest opinia Kisiela, który uznał
barwny styl Tyrmanda za przeszkodę w wiernym opisie rzeczywistości lat pięćdziesiątych. Tymczasem Tyrmand nie mógł z takiego
stylu zrezygnować, czerpiąc tak duża satysfakcję z tej namiastki tworzenia. Nie rościł sobie również prawa do bycia
kronikarzem, ponieważ dziennik służył mu przede wszystkim jako "rusztowanie" dla doświadczania trudnej i często
nieprzyswajalnej codzienności.
"Zaczynam wyżywać się w dzienniku..."
      Narastająca w Tyrmandzie frustracja znalazła swój wyraz w ostrej krytyce otaczającej go rzeczywistości. Dziennik intymny
jako domena wolności słowa stał się swoistym aktem oskarżenia. Ostrze krytyki najboleśniej zraniło nie komunistów, ale ludzi
z kręgu warszawskiej inteligencji. Powodem była przede wszystkim uległość wobec władzy zapewniająca standard życia, za jakim
tęsknił Tyrmand. Postawa krytyczna i nieustanna walka z zakłamaniem przynosiły rozkosz nie ulegania "rozkładowi lenistwa,
beznadziejności, bezsilności". Diarysta, "napompowany skrajnym katastrofizmem", nie rezygnował z ujęcia subiektywnego.
Bezkarne rozprawianie się ze zgniłymi realiami socrealizmu uznał nie tylko za obowiązek Europejczyka, ale i środek
odprężający dla uciśnionej duszy. Stał się więc opozycjonistą wojującym piórem; swe myśli traktował niczym amunicję
wykorzystywaną do strzelania w znienawidzoną przestrzeń. I choć ta strzelanina nie przynosiła żadnego realnego efektu,
autor czuł się moralnym zwycięzcą w samotnych zmaganiach z potęgą przeciwnika.
"Czuję, ze rośnie dzieło..."
      Jednym z bardziej zaskakujących zapisów jest notatka z 12 lutego, kiedy Tyrmand uświadamia sobie ponadczasową wartość
swojego dziennika i jego ewentualną publikację. Trudno uwierzyć w to, ze literat mający już na swoim koncie debiut pisarski
i posiadający tak wielkie aspiracje nie bierze pod uwagę możliwości wydrukowania swych zapisków. Oczywiście możemy to uznać
za kolejny chwyt autora. Sadzę jednak, ze można to tłumaczyć faktem rezygnacji, jaka ogarnęła przyszłego autora "Złego".
Skoro miał on wątpliwości, czy komunizm kiedykolwiek się skończy, ten dziennik rzeczywiście mógł w jego świadomości istnieć
jedynie jako czynność zastępcza.
"Chodzę po ulicy i myślę o tym, co napiszę w tym pamiętniku..."
      Z dnia na dzień pisanie dziennika zdominowało życie Tyrmanda. Można zaryzykować stwierdzenie, że rzeczywistość zaczął
postrzegać przez pryzmat tego, w jaki sposób ją opisze. Dzień upływał mu na pisaniu, bądź na rozmyślaniu o tym, jak swoje
doświadczenia ująć w słowie. Dziennik był dla Tyrmanda tratwą, dzięki której dryfował po morzu kłamstwa. Perspektywa
diarysty dawała mu możliwość sytuowania swych refleksji w sferze niezależności i dystans niezbędny dla duchowego przetrwania.
"Rzecz nabiera powoli charakteru patologicznego..."
      Ogarnięty obsesją polemiki, Tyrmand coraz gorzej znosił trud pisania. Początkowo z wielką pasją opisywał znienawidzoną
rzeczywistość, później zarzucał sobie, że za mało miejsca poświęca własnej osobie. Przygnieciony ciężarem obowiązku krytyka
i ideologa błagał o "chwilę niemoralności". Dziennik złościł go wymogiem wierności i systematyczności. Pytał sam siebie: "Na
cholerę pisanie, tracenie czasu?". W takim momencie pojawiała się wątpliwość najgorsza: "A jeśli nie mam racji?".
"Mam 34 lata i gniję..."
      Tyrmand był nie tylko antykomunistą w kolorowych skarpetkach. Był również, a może przede wszystkim pisarzem i dziennikarzem
pozbawionym czytelników. Dlatego z wielką ulgą przyjął zamówienie na "Złego". W momencie rozpoczęcia pracy nad powieścią
Tyrmand zakończył swoje "życiopisanie". Przywrócony do obiegu wydawniczego mógł zrealizować to, czego brak skłonił go do
pisania dziennika: tworzyć. Jednocześnie pozbył się troski, że "po tylu napisanych zdaniach tyle jeszcze nie napisane i tyle
jeszcze do napisania".
Bibliografia: Leopold Tyrmand, Dziennik 1954, Wydawnictwo Puls, Londyn 1993; Leopold Tyrmand, Dziennik 1954. Wersja
oryginalna, wstępem i przedmową opatrzył Henryk Dasko, Wydawnictwo TENTEN, Warszawa 1995; Mariusz Urbanek, Zły Tyrmand,
Wydawnictwo "Słowo", Warszawa 1992.
Joanna Zięba - studentka IV roku Wiedzy o Kulturze, współorganizatorka archiwum zapisków osobistych